Stanisław Barańczak i poezja nonsensu
Tygodnik Powszechny Grzegorz Turnau
Barańczak i poezja nonsensu: o "Fioletowej krowie" 1/2
O dziełach Stanisława Barańczaka należy pisać z chirurgiczną precyzją albo wcale.
Z okazji nowego wydania"Fioletowej krowy", czyli "antologii angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej", nie zamierzam ani przez chwilę udawać barańczakoznawcy. Pozostaję WYznawcą i cieszę się po prostu - wraz z rozentuzjazmowanym tłumem - z reedycji tomu, który od kilkunastu lat jest skutecznym, choć dostępnym wyłącznie w księgarniach lekiem na melancholię.
"Dla mnie ważne jest jedno: czy Czytelnik po lekturze wiersza roześmiał się lub choćby uśmiechnął. I mam nadzieję, że - choćby miał zupełnie inne poglądy na temat zasad tłumaczenia poezji humorystycznej - taka reakcja organizmu nastąpi u niego przy lekturze tej książki co najmniej 333 razy" - pisze tłumacz. Lecz można się domyślić, że wcale nie tylko o to mu chodzi.
Jedną z moich ulubionych książek, do której wracam w chwilach pustki mózgowej, jest "Ocalone w tłumaczeniu" - szkice o warsztacie tłumacza poezji. Kogo - jak pisze sam Barańczak - "interesuje ťkuchniaŤ literatury, pytanie "jak to jest zrobione", problem znaczenia dzieła literackiego i kwestia, ile z tego znaczenia może ocaleć w procesie przekładu", ten przeczytać tę książkę musi. Ów "manifest translatologiczny" rzuca przy tym dodatkowe światło na kunszt przekładów autora. Pozwala docenić nie tylko ich humor, ale też architektoniczną i muzyczną maestrię. Na poziomie, że tak powiem, rozrywkowym (w przypadku osób, dla których poezja w ogóle może stanowić rozrywkę) wiersze Edwarda Leara czy Ogdena Nasha to sprawdzony towar. Ale dopiero po zapoznaniu się z oryginałem i uchyleniu drzwi do warsztatu translatora możemy wejść na poziom innej rozkoszy. Rozkoszy uczestnictwa w procesie przemiany dobrej poezji w... dobrą poezję na innej planecie językowej.
W "Ocalonym..." Barańczak zwięźle i ironicznie formułuje program minimum dla każdego, kto bierze się do tłumaczenia poezji lub do krytyki poetyckich tłumaczeń. Są to dwa zakazy: "nie tłumacz wiersza na prozę" i "nie tłumacz dobrej poezji na złą poezję". Interpretacja translatorska powinna, według autora, wykreować bliźniaczy tekst, który w odrębności swojego języka i kultury literackiej funkcjonuje na tych samych prawach co tekst oryginalny w swoim języku i kulturze. "Co jest sprawdzianem tej identyczności funkcjonowania? Sprawdzian najpewniejszy (...) to, w szczególnie udanych wypadkach, dreszcz, który nam przebiega po plecach, łza, która się zakręci w oku, albo nieopanowany wybuch śmiechu". A więc znów: reakcje, nad którymi nie panujemy. Mówi się potocznie - chyba słusznie - o teatrze: poruszony ma być widz, a nie aktor. Barańczak twierdzi jednak, że pracy translatorskiej towarzyszy dreszcz ekstazy i po ten dreszcz tłumacz mozolnie wspina się na wyżyny swych możliwości.
Czy to poddanie się w ocenie własnego dzieła zmysłowym,"bebechowym" (jakby powiedział Witkacy) kryteriom jest w przypadku bezlitośnie precyzyjnego Stanisława Barańczaka zaskakujące? Wydaje mi się, że nie. Chodzi mu bowiem o równoczesne wywołanie dreszczy: metafizycznego i fizjologicznego. W pewnym wykorzystanym przeze mnie na użytek piosenki tekście Bronisława Maja zderzają się "wieczność pusta, doskonałość zimna jak lód" i "groch z kapustą, poniedziałek, codzienny cud". I tak chyba należy podejść także do poezji zwanej niepoważną, która wypełnia "Fioletową krowę". W czasach pierwszej młodości, prowadząc nocą samochód w okolicach Radomia, słuchałem ze ściśniętym gardłem "Wariacji Goldbergowskich". I wtedy na drogę wybiegła piękna, płowa łania. Nie mogłem nic zrobić. Zderzyła się doskonała, "zimna jak lód"architektura Bacha z codziennością. A ja przeżyłem oba dreszcze na raz. Biedne zwierzę, niestety, nie przeżyło.
Ponowne wydanie "Fioletowej krowy" zbiega się w czasie z dość powszechnym w polskim życiu publicznym zanikiem poczucia humoru, a szczególnie humoru nonsensownego. Cechuje on osoby raczej pesymistycznie nastawione do możliwości przekształcenia czy naprawy świata. Nonsensista (według Barańczaka poeta metafizyczny, tyle że śmieszniejszy) koncentruje się - w przeciwieństwie do satyryka - na "tych problemach egzystencji, które są tak czy siak nierozwiązalne". O tym, jak bardzo brakuje takich pesymistów, którzy zamiast smagać władzę nieśmiertelnym biczem satyry nadają kunsztowną formę swojej bezradności (jak mawia Maj, człowiek inteligentny nie ma prawa nie być smutny), świadczy spektakularny sukces grupy "Mumio". Przecież "Mumio" to Dziąble, aksolotle, "Lament nad kakaem" (swoją drogą, ciekawe, czy tworząc swój kakaowy megahit mumiowcy znali wiersz Johna Updikea, umieszczony w "Krowie" na str. 50) - niemałe bestiarium! W jakimś sensie ich twórczość jest translacją międzygatunkową całej poezji nonsensu. W pokrewnych oparach absurdu unosił się też istniejący do niedawna periodyk "Nowy Pompon", choć bliżej mu było do "Cedergrena" i "golenia szprotek" przez Tuwima i Słonimskiego niż do metafizyki mojego ulubionego "Antylimeryka", autorstwa W.S. Gilberta. Pozwolę sobie ten utwór przytoczyć w całości:
Pewien starzec z miasteczka Wiesiołe
Użądlony raz został przez osę.
Zapytany: "Czy boli?",
Odpowiedział: "Bynajmniej;
Szczęście zresztą, że nie był to
szerszeń".
1 2 NASTĘPNA STRONA >>