Tłumacz wysokiego ryzyka
Gazeta Wyborcza Rozmawiała Agnieszka Wolny-Hamkało
Tłumacz wysokiego ryzyka
Język prozy Joyce'a to kompozycje rozpisane na głosy, bogate we współbrzmienia, w efekty dźwiękonaśladowcze, w rytmizujące tekst powtórzenia. Tłumacz Joyce'a jak sam Joyce może niedowidzieć, ale słuch musi mieć bez zarzutu - z Jerzym Jarniewiczem, autorem nowego przekładu "Portretu artysty w wieku młodzieńczym" Jamesa Joyce'a, rozmawia Agnieszka Wolny-Hamkało
Dlaczego warto robić kolejne przekłady książek, które zostały już przetłumaczone?
- Niedawno rozmawiałem ze znajomym Anglikiem o Szekspirze. Kiedy opowiadałem mu o przekładach Koźmiana, Paszkowskiego, Gałczyńskiego, Miłosza, Słomczyńskiego, Sity, Barańczaka, Anglik westchnął: "Wy to macie dobrze! Co pokolenie macie nowego Szekspira". To prawda, że o ile Anglicy mają tylko dramaturga z epoki elżbietańskiej mówiącego coraz mniej czytelnym dla nich językiem, o tyle polski Szekspir żyje, zmienia się wraz ze zmieniającym się światem i zmieniającą się polszczyzną.
Czy nowy przekład powinien być lepszy, czy chodzi tylko o uwspółcześnienie książki?
- Stanisław Barańczak stwierdził kiedyś, że tłumacz, który bierze się za tekst już wcześniej przez kogoś innego przełożony, powinien założyć sobie dwie rzeczy: po pierwsze, że zrobi to nie gorzej niż autor oryginału. Po drugie, że zrobi to lepiej. O ile z pierwszym założeniem nie ma powodu się spierać, o tyle drugie wydaje mi się błędne. Tłumaczy się dzieła z tych samych powodów, z jakich się je pisze - nie po to, żeby nowy tekst wyparł tekst dawniejszy, ale żeby obok siebie istniały, ze sobą rozmawiały, nawzajem się oświetlały. W literaturze, a mówimy tu oczywiście o dobrej literaturze, nie o to chodzi, żeby poprzednika rozłożyć na łopatki, ale żeby swoim głosem, poprzez inność, wzbogacić to, co robili poprzednicy.
Jeśli na jakimś przekładzie wychowały się pokolenia, jeśli wrósł w język, w kulturę - czy warto robić nowy? Czy to nie będzie tak, jakby "Lalkę" napisał ktoś od nowa?
- Kiedy Monika Adamczyk Garbowska wydała swój przekład głośnej powieści Milne'a znanej u nas jako "Kubuś Puchatek", a przełożonej ponownie jako "Fredzia Phi Phi", jedna z moich koleżanek oświadczyła krótko, że "do Kubusia ma stosunek emocjonalny" i żadne argumenty filologiczne nie przekonają jej do nowego przekładu. A przecież nie chodzi o to, by ten zakorzeniony w naszym języku i kulturze, ale bardzo dowolny, autorski przekład Ireny Tuwim wyrzucić za burtę. Nowy przekład to frajda dla czytelników, którzy - jeśli lubią powieść Milne'a - znajdą w polszczyźnie nie jedną, ale dwie powieści o misiu z małym rozumkiem.
Dlaczego warto ponownie przekładać Joyce'a? Czy można go "właściwie" przełożyć, skoro jest w jakimś sensie pisarzem lingwistycznym?
Lingwistycznym pisarzem jest poniekąd każdy dobry autor, jeśli słowo "lingwistyczny" znaczy, że pisarz ma wyjątkowo wysoką świadomość języka, a więc swojego tworzywa. Jak wiedzą tłumacze literatury, tłumaczony tekst trzeba tak naprawdę ponownie stworzyć, wykorzystując możliwości, jakie ma nam do zaofiarowania język, na który tłumaczymy. Dlatego "właściwy przekład", czyli taki, po którym nie byłyby już potrzebne kolejne, jest mrzonką. I dzięki Bogu.
Dlaczego warto ponownie przekładać akurat "Portret artysty..."?
- Joyce'a utożsamia się z otoczonym nimbem sensacji "Ulissesem" kosztem tej znakomitej wcześniejszej powieści. Tymczasem nie sposób zrozumieć "Ulissesa" bez "Portretu". Joyce podobnie jak Eliot tworzył przez całe życie jedno wielkie dzieło, choć w kilku odsłonach: od dramatu "Wygnańcy" i opowiadań z tomu "Dublińczycy" przez powieści "Portret artysty" i "Ulissesa", a skończywszy na "Finnegans Wake", dziele, na potrzeby którego wykreował własny język. "Portret artysty" to świetna proza, którą można czytać na wielu poziomach, ciesząc się jej językiem, zmysłowym i przenikliwym.
Czy w starym tłumaczeniu dostrzegł Pan jakieś błędy, śmiesznostki?
- Poprzedni przekład powstał w latach 30., autorem był Zygmunt Allan, człowiek, o którym niewiele, bądź wręcz nic nie wiadomo. Ktoś ze znanych krytyków sugerował mi nawet, że to może być pseudonim.
Polszczyzna starego tłumaczenia jest wyborna, to żywy, jędrny, idiomatyczny język. Jednak Allan ułatwił trochę zadanie polskiemu czytelnikowi: wygładził styl tej powieści. A przecież u Joyce'a mamy prawdziwe święto języka, całą gamę stylów, od bajki dziecięcej, przez gwarę uczniowską i studencką, język homilii i kazań, dyskurs filozoficzny, język melodramatycznych powieści miłosnych, estetyzujący styl przełomu wieków, intymny styl dziennika. Dużo tu aluzji do języków wielkich mistrzów stylu: Dantego, Miltona, poetów elżbietańskich czy kardynała Newmana. W starym przekładzie to stylistyczne zróżnicowanie wyparowało.
Jaka jest największa trudność w przekładaniu "Portretu..."?
- Największą trudnością w pracy nad przekładem "Portretu", ale też późniejszych dzieł Joyce'a, jest właśnie zachowanie tej stylistycznej różnorodności, zwłaszcza kiedy style, do których odwoływał się autor, nie mają odpowiedników w polszczyźnie. Język jezuickich kazań ma w naszym piśmiennictwie długą i ciekawą historię, ale co byłoby w języku polskim odpowiednikiem stylu kardynała Newmana?
No i sprawa najważniejsza - język prozy Joyce'a to kompozycje niemalże muzyczne, rozpisane na głosy, bogate w spółgłoskowe współbrzmienia, w efekty dźwiękonaśladowcze, w rytmizujące tekst powtórzenia. Tłumacz Joyce'a jak sam Joyce może niedowidzieć, ale słuch musi mieć bez zarzutu.
Jest Pan doświadczonym tłumaczem, jak pracowało się Panu z Joyce'em?
- Paraliżująca była dla mnie świadomość, że Joyce ma nie tyle wiernych czytelników, ile wyznawców, którzy doskonale wiedzą, jak należy go czytać, jak rozumieć, jak przekładać. O Joysie napisano bibliotekę rozpraw, prześwietlono dosłownie każdy akapit, każdy wyraz, i to tak dogłębnie, że nie sposób dziś tej wiedzy objąć. Są ludzie, którzy całe swoje dojrzałe życie poświęcili Joyce'owi - jako tłumacze, krytycy, historycy literatury. Proponując swój przekład, a więc i własną interpretację, staję wobec tej groźnej armii joyce'ologów. Tłumacz to zawód wysokiego ryzyka.
Czy trzeba mieć jakiś pomysł na przekład?
- Pomysły warto mieć, choćby jako najogólniejsze wskazówki do pracy. Ważne jest jednak, by tłumacz nie zakochał się w swoim pomyśle za bardzo i by pomysł ten nie przesłonił urody przekładanego tekstu.
Są tłumacze, którzy się obudowują tekstami, historią, kontekstami, w jakich powstawała książka, i tacy, którzy uważają, że do książki trzeba podejść z "czystymi rękami". Które podejście jest Panu bliższe?
- Tłumacz literatury jest trochę jak twórca, ale też trochę jak chirurg wykonujący na tekście skomplikowaną operację. Trudno wyobrazić sobie, by chirurg podchodził do stołu operacyjnego, nie wiedząc, co o pacjencie mają do powiedzenia lekarze specjaliści i diagnostycy.
Data publikacji: 26.12.2005,
źródło: Gazeta Wyborcza,