(77kB)

Język gładki jest najtrudniejszy

Portal tłumaczy > artykuły > tłumaczenia literackie > Język gładki jest najtrudniejszy


Gazeta.pl   Rozmawiał Jacek Szczerba

Język gładki jest najtrudniejszy 2/2

ciąg dalszy...

Od czego zaczęła się pani praca tłumaczki?

- Nie pamiętam. Wiem, że nie zaczynałam od książek najważniejszych.

Z pewnością wpłynęło na mnie to, że miałam dużo do czynienia z teatrem. Przetłumaczyłam np. sztukę Henry'ego de Montherlanta "Martwa królowa", którą 50 lat temu wystawił teatr Janusza Warmińskiego. Grali Śląska i Woszczerowicz. Reżyserem był Jerzy Kreczmar. Żądali, żebym pojawiała się na próbach, co dziś nikomu nie przyszłoby do głowy.

Kreczmar zadzwonił do mnie którejś niedzieli, bo w tygodniu bardzo ciężko pracował. Powiedział: - Pani Joanno, mamy mało czasu, a ja muszę zrobić z panią parę poprawek w tekście. Potem wyjaśnił, że kilka przecinków jest nieprawidłowo postawionych. Zamarłam ze szczęścia. Odpowiedziałam: - Drogi panie, zna mnie pan tyle czasu, mógł pan to poprawić sam. - Ja mam poprawić czyjś tekst bez jego wiedzy? To jak ja mógłbym reżyserować?

Spędziliśmy przy telefonie dwie godziny. Po pierwszej Kreczmar powiedział: - Proszę odłożyć słuchawkę. Pani jest zmęczona i ja też. Teraz oboje napijemy się kawy i ja drugi raz do pani zadzwonię.

Nie wprowadziliśmy ani jednej zasadniczej poprawki. Wszystko dotyczyło rytmu zdania: że coś trzeba przestawić do przodu, a coś do tyłu, bo Śląska powie to tak, a Woszczerowicz tak. Gdy dziś sobie to przypominam, wydaje mi się, że śnię.

Nie dostawałam żadnych zamówień na sztuki. Tłumaczyłam tylko te, które mnie interesowały, i sama je proponowałam. Ponieważ sztuka to rozmowa, można się przy niej nauczyć rytmu tłumaczenia, co potem bardzo przydaje się przy prozie.

Po wojnie, nim na dobre zajęła się tłumaczeniem, pojechała pani na stypendium do Francji.

- Wymyślił je człowiek, który pomagał innym - Stefan Żółkiewski. Pojechałam razem z Julią Hartwig. To był rok 1948 i 1949. Mieszkałam w Paryżu w Dzielnicy Łacińskiej, bo tam wtedy można było tanio mieszkać. Hotelik na ulicy Tournon 1. Na czwartym piętrze miałyśmy pożal się Boże pokoje.

Czytałyśmy książki, oglądałyśmy obrazy, chodziłyśmy na spacery i stałyśmy w kolejkach, żeby dostać się na koncerty. Wtedy był straszny głód kultury. Czasem stało się od 10 wieczorem do rana, aż otworzyli kasy. Chodziłam na Menuhina, na pianistów o niemieckich nazwiskach, których już nie pamiętam. Wybrałyśmy się też na dyrygenta Wilhelma Furtwänglera, ale nie wystąpił, bo nie wpuszczono go do Francji. Ciążyła na nim opinia, że dyrygował w Niemczech za rządów Hitlera.

We Francji kupowało się wtedy jedzenie na kartki. Dostawało się miesięcznie 10 dkg masła, pół litra oliwy, tabliczkę czekolady, jakieś jajka i nie pamiętam ile mięsa. Chleb zawsze mieli świetny. Wszystko można było oczywiście kupić i bez kartek, ale za wściekłe pieniądze, co w naszym przypadku tak jak i w przypadku przeciętnego Francuza nie wchodziło w grę.

Paryż był wtedy cudem, bo był słabo oświetlony, półciemny. Już nigdy nie wydał mi się tak wspaniały, choć byłam w nim w sumie z dziesięć razy. Miałyśmy miłe towarzystwo innych polskich stypendystów, m.in. Jana Białostockiego. Zwiedzaliśmy razem Francję. Przy końcu każdy myślał, czy ma wracać, i do czego. Na ogół ludzie wracali.

Gdy przyjechałam do Polski, zaczęłam od tłumaczenia rosyjskich tekstów. Przełożyłam "Ojców i dzieci" Turgieniewa. Czyż to nie była nadzwyczajna śmiałość! Po trzech rosyjskich książkach mi się znudziło. Przeszłam na francuski. Pomyślałam, że jak już, to już.

Pani specjalnością stała się twórczość Alberta Camusa.

- Gdy dostałam z PIW-u do tłumaczenia "Dżumę" Camus nie był jeszcze znany. Ale ja już o nim wiedziałam. Potem powiedziano mi w PIW-ie, że Camus poprosił o mój polski przekład. A on przecież słowa po polsku nie umiał. Wszystko się szybko wydało. Jak przyjechałam do Paryża, Czapski powiedział mi, że Camus wypytywał go o moje tłumaczenie. Czapski orzekł, że było w absolutnym porządku.

Wtedy dostałam od Camusa, i to leży do dziś w ZAiKS-ie, pozwolenie na przełożenie całego jego dzieła. Czyli coś, o co nie prosiłam. Wskutek tego zajęłam się tym dziełem. Napisałam nawet książeczkę "Albert Camus: Los i lekcja". Uważam go za ważnego pisarza, choć dziś jego ranga może trochę się zmniejszyła. Ale w moich czasach był to pisarz rewelacyjny.

Spotkała się pani z nim prywatnie?

- On do mnie napisał. Ja mu bardzo uprzejmie odpisałam. Byłam w Paryżu w roku 1957, gdy on dostał Nobla. To było dla mnie niewygodne, ale postanowiłam, że chcę go zobaczyć. Zadzwoniłam. On mnie przyjął. Byłam na godzinnej rozmówce.

Camus był bardzo ładny, w sensie inteligentnej urody, o dobrych rysach. Średniego wzrostu. Włosy proste. Bardzo grzeczny - Francuzi to mają. Ja wtedy dużo paliłam. On za każdym razem wstawał, obchodził stół i podawał mi ogień.

Bardzo mi się spodobał. Rozmawiał ze mną nie o literaturze, tylko o mnie. Gdzie ja byłam w Rosji? Co ja tam widziałam? To był mężczyzna od kobiet, to się czuje w jego książkach. Później jeszcze do niego zadzwoniłam, żeby powiedzieć do widzenia. I on oddzwonił, żeby się pożegnać. Wymieniliśmy dwa, może trzy listy dotyczące jego twórczości.

Camus Camusem, ale przełożyła pani też "Trzech muszkieterów" Aleksandra Dumasa.

- Żeby pan wiedział, co to była za przyjemność! To jedyna książka, która mi przyszła lekko. A nie chciałam tego, mówiłam: - Tłumaczyć Dumasa, cha! cha! cha! Julia Hartwig mnie namówiła: "Przetłumaczysz to, będziesz z tego żyła". To jest urocza książka, świetnie napisana. Teraz, zdaje się, powstał nowy przekład.

Z Julią przełożyłyśmy "Dzienniki" Eugene'a Delacroix. We dwie, a niech pan pozna, która co! Niech ja poznam! Wykluczone! Każda zrobiła swoją część, a potem czytała całość. I poprawiała.

Ale Flauberta pani nie tłumaczyła?

- Flauberta? Za żadne złoto! To jest w moim odczuciu doskonałość nie do przebicia. Nie mówię, że po polsku Flaubert jest niedobry, ale jego zdanie po francusku jest czymś najdoskonalszym w świecie.

W ogóle bym się nie ośmieliła. Kiedyś przełożyłam "Rzeczy przemilczane" Paula Valéry. Drżałam przy każdym słowie, bo to mistrz. To był chyba najdoskonalszy tekst, który ośmieliłam się tłumaczyć.

Co innego Camus. Owszem, pisze świetnie. Jest eseistą, nawet będąc prozaikiem. Ale jego zdanie jest dostępne dla mnie.

Dlaczego tak często tłumaczyła pani dzienniki różnych artystów?

- Mam wielkie upodobanie do dzienników. Czuję, że pisarz pozwala mi być bliżej przez to, że wydał dziennik. Na ogół z tą bliskością jest jednak kłopot. Goncourtowie zostawili klauzulę, że można to wydać dopiero 50 lat po ich śmierci. Oni jako znani światowcy wcale nie chcieli, żeby inni światowcy wiedzieli, jacy oni są światowcy.

A jednocześnie w pewien sposób to byli ludzie mali. Widać to zwłaszcza po śmierci Juliusza, tego z braci, który był z blasku. Bo Edmund, ten drugi, był z ciemności, zgorzkniały. Ich powieści nie są nic warte. Żadnej nie przetłumaczyłam. O Goncourtach nie da się nawet powiedzieć, że to byli pierwszorzędni pisarze drugorzędni. Ostało się tylko to, co było dla nich marginesem - dziennik. A jednak we Francji byli i są strasznie szanowani. Nagroda Goncourtów to przecież literacki laur numer jeden. Mnie interesowało to, co oni chłonęli: dawna Francja, tamto towarzystwo, literatura, wystawy, pisma. Ale oni jako powieściopisarze już nie.

To, że PIW wydawał moje tłumaczenia XIX-wiecznych francuskich autorów, zawdzięczam Pawłowi Hertzowi, który siedział w tym wydawnictwie. On to przepychał. Gdy przełożyłam "Podróż do Hiszpanii" Teofila Gautier, zrobiliśmy z Hertzem przypisy. W przypadku Goncourtów wydawnictwo z trudem zgodziło się na jeden tom.

Według jakiego kryterium dokonywała pani wyboru? Goncourtowie napisali przecież aż 22 tomy.

- Starałam się, żeby to były najciekawsze kawałki. Jeśli ktoś jest specjalistą, chce się np. doktoryzować z Goncourtów, może przeczytać całość w oryginale.

Czy tłumaczyła pani kiedyś poezje?

- O nie, Bóg mnie strzegł.

A sama nie pisała pani wierszy?

- Nie napisałam w życiu ani jednego wiersza. Zawsze lubiłam poezję, ale po cóż miałabym ją pisać.

Gdyby jednak, zamiast tłumaczyć, odważyłaby się pani na pisanie, to co by to było?

- Nigdy w życiu nie odważyłabym się na fikcję. Nie jestem zdolna do jej wymyślenia. Natomiast może potrafiłabym opisać czyjeś życie umysłowe albo jakąś atmosferę.

Bardzo żałuję, że nie starczyło mi sił, żeby pociągnąć dalej moje wspomnienia. Ich fragment "Lwów i od Lwowa na wschód" opublikowałam w 2006 r. w "Zeszytach Literackich". Gdy spędzałam ostatnie wakacje w domu ZAiKS-u w Konstancinie, wiele osób prosiło mnie o dalszy ciąg. Joanna Guze (rocznik 1917), tłumaczka z francuskiego i rosyjskiego, m.in. dzieł Camusa, Valéry'ego, Gautier i Baudelaire'a, dzienników Chateaubrianda, Constanta, braci Goncourt, Gide'a i Julesa Renarda, "Fizjologii smaku" Brillat-Savarina i "Listów do brata" van Gogha. Także autorka zbiorów esejów, m.in. "Impresjoniści" (1973), "Twarze z portretów" (1974), "Na tropach sztuki" (1982) i "Wśród bohaterów kina" (1983). Laureatka nagród Pen Clubu, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, francuskiej Legii Honorowej Rozmawiał Jacek Szczerba .


Data publikacji: 04.01.2008, źródło: Gazeta.pl

<< POPRZEDNIA STRONA 1 2

TEXTUM- Agencja Usług Językowych, e-mail: contact@textum.pl, tel: +48 12 358 30 85, +48 503 544 390,
Jeśli widzisz błąd na tej stronie, napisz do nas